Jarmark świąteczny nastrojowo i kameralnie

Zbliża się ostatni weekend przedświąteczny. Wszędzie, gdzie okiem sięgnąć wszystko mi o tym przypomina. Lubię ten okres, bo znajdujemy czas, którego na co dzień twierdzimy, że nie mamy. Stopniowo spowalniamy, a  w nasze codzienne zapędzenie wkrada się sacrum, czas święty bo odświętny.

dsc_6927

W tym okresie na placach i skwerach miejskich pojawiają się tzw. jarmarki  świąteczne. Miejsca, gdzie znajdziemy rękodzieła, ozdoby choinkowe i różne przysmaki, często lokalne specjały związane z okresem świąt Bożego Narodzenia.

Mówi się, że tradycja jarmarków przywędrowała do nas z Niemiec, choć pierwsze świąteczne jarmarki odbywały się na terenie Austrii już w  XIII wieku. Pamiętam, że na pierwszym jarmarku świątecznym w Polsce byłam wiele lat temu w Krakowie. Było to ogromne przeżycie. Pamiętam smak galicyjskiego grzańca przegryzanego cebulakiem i wystawę szopek konkursowych przygotowanych przez mieszkańców Krakowa. Wspominam ten jarmark z nostalgią dlatego marzyło mi się, że pojadę do Krakowa z moimi dziećmi, żeby i one miały jakieś wspomnienia jarmarkowe.

Dziś we wszystkich większych miastach Polski są jarmarki, wszystkie pysznią się wystrojem i atrakcjami. Od ilości stoisk, kolorów, detali, świateł można dostać oczopląsu. Trochę za dużo bodźców jak dla kogoś kto kocha slow. Dlatego w końcu jako cel jarmarkowej podróży wybraliśmy Kazimierz Dolny. Jarmark tam jest w skali mikro, ale za to samo miejsce jest magiczne. Latem, jesienią czy zimą, o każdej porze roku, i we wszystkich miesiącach Kazimierz zachwyca kameralnością i nieśpieszną, artystyczną atmosferą.

DSC_6897.JPG

Jarmark na kazimierskim rynku też jest kameralny. W otoczeniu starych kamienic z podcieniami stoi 10 może 12 świątecznych straganów. W większości drewniane, stylowe stoiska ładnie wpisują się w historyczne tło miasteczka o królewskim rodowodzie.  Każdy stragan jest godny uwagi. Nie wiem, czy istnieje tu spis zasad co można sprzedawać i z czym się wystawiać jak jest to w wielkich miastach na świecie takich jak Norymberga, gdzie zasady rządzące jarmarkiem są ściśle określone i gdzie już od XVII wieku wstępu nie mają sztuczne choinki, tandetne ozdoby i… karuzele. W Kazimierzu też  nie ma tzw. tandety, czy produktów przywożonych z końca świata.

Na jednym z pierwszych stoisk znajdujemy różne suszone owoce i zioła, które idealnie nadają się jako dodatek do zimowych herbat np. susz z owoców i liści malin. Kolejny przyciąga uwagę ręcznie szytymi ozdobami; konikami, reniferami, sowami idealnymi na choinkę, ale też jako ozdoba dziecięcego pokoju. Dalej natykamy się na stragan U Dziwisza. Nie możemy stamtąd odejść. Kuszą ręcznie robione czekolady, pierniki, suszone herbaty zamknięte w przezroczystych bombkach i różnego rodzaje nalewki w mniejszych lub większych buteleczkach. Nasza torba pęka w szwach. Mamy kolejne przysmaki, jadalne ozdoby świąteczne i kilka dodatków do prezentów.

Robimy chwilę przerwy na sesję zdjęciową pod choinką i kawę w jednej z wielu nastrojowych kawiarni. Kawę można wypić też na kilku stoiskach. Inna opcja to barszcz, albo bardziej wyskokowe napoje – miód pitny lub grzaniec, tym razem nie galicyjski, ale kazimierski. Jest też cebulak. Kupujemy go na stoisku z Przysmakami Tatarskimi.

Na kolejnym stoisku znowu kuszą nas pierniki i nalewki. Te pierwsze są tak piękne, że znowu dajemy się skusić, zwłaszcza, że jestem tam cały zestaw małych i wielkich sów, a sowa to nasz ulubiony ptak od pewnej przygody na wyspie Korfu, ale o tym innym razem.

Już widzę naszą choinkę w tych wszystkich piernikowych ozdobach. Zresztą później trafiamy jeszcze do sklepu firmowego Piekarni Sarzyńskich, skąd pochodzą te cuda. Dokupujemy tam jeszcze piernikowe domki – nakładki na kubki.

Pośrodku rynku pod drewnianą wiatą miejskiej studni stoi pani z wiklinowymi koszami i jemiołą. Jemioła jest tak piękna i dorodna, i jakaś taka trochę inna, że mimo iż u nas pod domem też sprzedają, postanowiliśmy przywieźć ją z Kazimierza. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że jemioła wygląda inaczej w zależności od tego na jakim drzewie rośnie. Dobrze czasem ruszyć kawałek dalej w świat, zawsze  człowiek się czegoś nauczy.

Jako wielbiciele pszczół i miodu byliśmy też na stoisko z miodami, gdzie można  było kupić rzadkie okazy – miód malinowy i faceliowy z Pasieki wędrownej Adama Boguta z okolic Nałęczowa. Hasło tej pasieki  to ‚Można żyć bez miodu, ale co to za życie”. Absolutnie się z tym zgadzamy jak również z tym, co powtarzał największy bajkopisarz H. Ch. Andresen, żeby żyć trzeba podróżować, choćby do Kazimierza.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s